Powiatowy Konkurs Literacki „Marzeniem moim jest…”

W dniu 28 listopada 2017 roku w Sali Pompejańskiej Starostwa Powiatowego w Puławach miało miejsce wręczenie nagród w Powiatowym Konkursie Literackim „Marzeniem moim jest…”, organizowanym przez Młodzieżowy Dom Kultury i Powiatową Bibliotekę Publiczną w Puławach.

Główne cele konkursu to: rozbudzanie zainteresowań literackich, kształtowanie postaw twórczych oraz wspieranie twórczości amatorskiej w naszym środowisku. Z dumą informujemy, że w konkursie wzięły udział uczennice Gimnazjum: Alicja Piłat – kl. III A, Anna Szydłowska – kl. III B i Julia Walencik – kl. III B. Praca Alicji Piłat została jedną z trzech nagrodzonych. Jest to duży sukces, wziąwszy pod uwagę fakt, że do organizatorów wpłynęło 145 prac uczniów z całego powiatu puławskiego. Poniżej prezentujemy prace dziewcząt i zwycięskie opowiadanie Alicji „Nie rezygnuj z marzeń…”. Serdecznie gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów!

 Nie rezygnuj z marzeń.(…) Nigdy nie wiesz, kiedy okażą się potrzebne. – Carlos Ruiz Zafón

 

            Odkąd pamiętam, byłem uznawany za dziwaka. Nikt nie próbował mnie zrozumieć. Miałem wielkie plany, marzenia, genialny pomysł na życie. Mimo trudnej sytuacji, wierzyłem, że jeżelibędę pragnął czegoś wystarczająco mocno, los się do mnie uśmiechnie. Niestety byłem zdany tylko na siebie. Po jakimś czasie dało to się we znaki. Rzuciłem swoje sny w kąt. Nie miałem dla kogo żyć. Tak oto w dniu swoich dwudziestych urodzin, postanowiłem podjąć próbę samobójczą. Dlaczego nadal oddycham? Oto moja historia…

            26 września 2016, San Francisco

Około czwartej nad ranem zdecydowałem, że pójdę na spacer. Nogi poniosły mnie aż na Most Golden Gate. Otępiały, jakby w transie, nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się po drugiej stronie barierki. Spoglądałem w dół, jednak nie mogłem dostrzec nic poza gęstą mgłą. Chciałem skoczyć. Byłem bardzo spokojny. Nie czułem strachu, żalu, nie czułem nic. Tylko krok dzielił mnie od wolności.

– Skacz!

Odwróciłem się i ujrzałem starca odzianego w długi, ciemny płaszcz.

– Co?

– Nie dość, że tchórz to jeszcze głuchy. Powiedziałem żebyś skoczył. Wystarczy jeden krok, a już nigdy nie zaznasz cierpienia. – odburknął.

Nie byłem zdziwiony. Wszyscy byli wobec mnie obojętni. Nawet własna matka mnie odtrąciła.

– Nigdy też nie zaznasz szczęścia. Nigdy się nie zakochasz. Nigdy nie spełnisz swoich marzeń. – dodał po krótkiej chwili.

Poczułem dreszcze.

– To ma mnie przekonać? Podjąłem decyzję.

– No dalej. Co widzisz gdy zamykasz oczy?

Milczałem.

– Zrób mi przysługę. Obiecaj, że dasz sobie rok. Rok na to, by spełnić swoje największe marzenie. Jeżeli się uda, pozostaniesz przy życiu. – Wyciągnął dłoń w moim kierunku.

Zawahałem się. Po chwili namysłu podałem mu rękę. Uświadomiłem sobie, że nie chcę jeszcze odchodzić z tego świata.

– Obiecuję. – Wybełkotałem, nie mogąc wydusić z siebie nic więcej.

Mężczyzna uśmiechnął się, pokiwał głową i odszedł bez słowa. Wróciłem do domu, wziąłem zimny prysznic.

– Co widzisz gdy zamykasz oczy? – Zapytałem parząc na swoje odbicie w lustrze. Przypomniałem sobie, że jako dziecko chciałem mieć motocykl. Jednośladowce od zawsze budziły we mnie pewną fascynację. Potrzebowałem dodatkowego zastrzyku gotówki na kupno, oraz ewentualny remont maszyny. Praca w bibliotece nie przynosiła zbyt wiele zysku, więc postanowiłem zatrudnić się na drugi etat w najbliższym barze. Z dnia na dzień rosłem w siłę. Czułem się coraz lepiej. Kilka miesięcy później wracałem z nocnej zmiany. Byłem bardzo zmęczony, tak zmęczony, że przechodząc przez ulicę nie zauważyłem rozpędzonego auta, nadjeżdżającego  w moją stronę. Kierowca zahamował w ostatniej chwili. Zamarłem. Czas stanął  w miejscu. Słyszałem rozpływające się w oddali dźwięki, liczne wyzwiska, obelgi rzucane w moją stronę. Gorąco ogarnęło całe moje ciało. Nidy nie bałem się śmierci, parę razy się o nią otarłem, jednak w tamtej chwili byłem przerażony. Zależało mi, w końcu miałem cel. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Ludzie patrzyli na mnie jak na idiotę. Cały poranek spędziłem na poszukiwaniach odpowiedniego motocykla. Następnego dnia pojazd był mój. Nic dotąd nie sprawiło mi tyle radości. Chopper wymagał renowacji, nie stanowiło to jednak dla mnie żadnego problemu. Włożyłem w niego całe swoje serce. Był dla mnie czymś więcej niż tylko pojazdem. Stanowił symbol mojego odrodzenia.

            Od dnia, w którym próbowałem odebrać sobie życie minął rok. Tym razem nie stałem na krawędzi Mostu Samobójców, lecz na końcu Drogi Matki. Przejechałem słynną Route 66. Nidy więcej nie spotkałem człowieka, który kilkanaście miesięcy temu uratował mi życie. Nie miałem okazji mu podziękować. Najważniejsze jest jednak to, że dotrzymałem słowa. Spełniłem swoje odwieczne marzenie. To właśnie marzenia nadają sens naszej egzystencji  i to one, czynią nas wyjątkowymi.

Alicja Piłat

 

„Marzeniem moim jest …”

 

              Od zawsze pasjonowały mnie sporty zimowe, a zwłaszcza te narciarskie. Jeszcze będąc małym brzdącem oglądałam wraz z ojcem niedzielne konkursy w skokach narciarskich, kiedy to Małysz święcił swoje tryumfy. Z uwagą też obserwowałam swoich starszych braci, którzy próbowali sił na dwóch deskach i ostatecznie się do nich zrazili. Ja natomiast postanowiłam, że kiedyś będę jeździć. Było to w sumie nie lada wyzwanie, bo nie posiadałam ani odpowiedniego sprzętu i tym bardziej pieniędzy na instruktora, a wtedy o stoku w Kazimierzu można było pomarzyć. Jednak postanowiłam przezwyciężyć te niedogodności i mając narty oraz buty po braciach, zaczęłam stawiać pierwsze kroki w długim marszu na szczyt marzeń.

 

             Zbyt długie obuwie nie przylegało prawidłowo do stopy ,co nie pozwalało ustabilizować środka ciężkości, a nartami wysokim na prawie dwa metry manewrowało się niczym czołgiem. Wiedząc o tym ,wybrałam niezbyt wysoki pagórek na naszej działce malowniczo pokrytej białą pierzynką. Gdy wtaszczyłam się z całym swym ekwipunkiem na ten mały Mount Everest i ubrałam narty, chwilę pooddychałam zimnym styczniowym powietrzem i uspokojona, energicznie odepchnęłam się kijkami. Przez moment świat zamarł, a mi towarzyszył lekki szmer powietrza-jechałam! Chwila radości, nagła strata równowagi i rozwód nart. Upadłam. Z trudem dosięgłam najbliższego kijka. Chwila szamotaniny z zapięciem od pierwszej narty i trach, teraz już będzie łatwo. Taki scenariusz powtórzył się jeszcze kilkakrotnie, a mimo licznych siniaków i potłuczonych mięśni, nie postanowiłam odpuszczać. Nim się obejrzałam, w ciągu paru dni opanowałam podstawy jazdy, hamowania i niektórych manewrów.

 

            Natomiast liczne upadki i potknięcia, nauczyły mnie wydostawać się z narciarskich opresji. Jednak pozostawał pewien niedosyt, bo niewielkie wzniesienie dobre do nauki ale nie do długiej jazdy. Pomyślałam by przenieść się do jednego z pobliskich wąwozów, tych tutaj aż nadto. Jednak pierwsze podejścia okazały się niebezpieczne, bowiem większość lessowych korytarzy posiadało wijące się korzenie, gęste zarośla lub wystające wapienne kamienie-przypominające zęby niezwyciężonej bestii. Zrażona tą alternatywą, bardzo chciałam się wybrać na stok. To marzenie owładnęło mą głową, a perspektywa zbliżających się ferii zaostrzała sportowy apetyt. Niestety rodzice wraz z braćmi w tym czasie byli zajęci pracą w lesie przy wycince, a o samodzielnej wyprawie nie było mowy, bo najbliższy stok znajdował się pięć kilometrów od miasta.

            Z pomocą przyszedł wujek, który jak się okazało był niegdyś zagorzałym narciarzem ale z braku czasu zarzucił to zajęcie. Widząc jednak mój zapał postanowił, że odkurzy swój dawny sprzęt i zabierze mnie na stok. Gdy przybyliśmy na miejsce powtórzyliśmy razem podstawy manewrów oraz zasady jakie należy przestrzegać aby np. nie wpaść na innych narciarzy. Potem poinstruował mnie jak działa wyciąg oraz na co zwracać uwagę gdy się nim poruszamy. Następnie wyjechaliśmy na szczyt wzgórza. Widok był imponujący, a ja byłam cała podekscytowana na myśl o pędzie wśród szumu przecinanego z impetem powietrza. I ruszyliśmy. Na stoku manewry stały się prostsze do wykonania, a długie narty przecinały puszystą taflę, pozostawiając za sobą tumany białego pyłu.

 

            W oddali złociło się słońce, a jego promienie odbijały się szczęściem w moich oczach. To była jedna z najwspanialszych chwil . Wtedy też zrozumiałam , że marzenia to ciągła walka z samym sobą, z licznymi słabościami i ograniczeniami. Niepozorna umiejętność jazdy na nartach, dla niektórych błaha i śmieszna, mi dała wiarę w zdobywanie następnych szczytów myśli i pragnień. Oto jest siła marzeń!  

 

Anna Szydłowska 

 

„Autostrada marzeń”

Marzę…
bo cóż jak nie marzyć?
Przecież wszystko może się zdarzyć

To, co dziś nieosiągalne
Jutro na wyciągnięcie ręki
Niby proste, niby banalne
Wymaga czasem męki

Marzę o mieszkaniu 
W Kalifornii
Ust Twych poznaniu
My sercem bezdomni

Mieć Cię przy sobie
W dłoni długopis
Pisząc o Tobie
Na plaży Venice

Czasem gościć w barze
Siedzieć tam do nocy
Na rękach tatuaże
Upić tylko Twoje oczy

Marzę…
bo cóż jak nie marzyć?
Przecież wszystko może się zdarzyć

 Julia Walencik

 

Author